Ayahuasca

medytacja, ezoteryka, nauki wschodu

Re: Ayahuasca

Postprzez michu » 11 cze 2020, o 17:47

Odpowiedź dostałem, ale wiedziałem od niej od zawsze. Tylko wypierałem ją, zakopywałem głęboko w sobie. Nie traktowałem tego jako zbiorowy haj, w żadnym wypadku. Ale tuż po ceremonii miałem poczucie że być może pierwszy i ostatni to był raz, podziwiam ludzi którzy odbywali taką podróż np. dwa dni pod rząd, bo i taka opcja była. Gdybym np. zamówił na pierwszy raz dwa dni ceremonii pod rząd - na pewno bym zrezygnował z drugiego. Kompletnie nie ciągnie mnie do tego, by to powtarzać. I pewnie w najbliższej przyszłości się to nie zmieni. Wiem że mogłem się narazić, czy może wielu użytkowników mogło się do mnie zrazić przez tę publikację, ostatnio nawet postanowiłem że wcale tego nie zamieszczę. Ale dzisiaj zmieniłem zdanie, pomyślałem że może to przynieść komuś jakieś odpowiedzi. Gdybym tego nie zamieścił, I tak nie zmieniło by to faktu że było to częścią mojego doświadczenia i mojej historii. Cenzurze podległo raptem kilka zdań, nie umniejsza to specjalnie tego, co zostało powiedziane. Ayahuasca to droga na skróty, ale tak samo uważam że można przez głęboka medytację ujrzeć to samo. Zresztą, nie trzeba tego nawet oglądać
Wielu z nas doskonale o tym wie, i czuje to każdego dnia. Po prostu wtedy czułem, że to jest dla mnie właściwie. Nie czułem przed tym lęku, czy jakichś oporów. Wiesz jaskier, nie bez powodu w większości krajów jest to zakazane. To są dość inwazyjne narzędzia poszerzające świadomość, i wcale nie takie bezpieczne jak mogłoby się wydawać.
Lepiej być szczęśliwym, niż mieć dobry humor
Avatar użytkownika
michu
 
Posty: 59
Dołączył(a): 7 wrz 2018, o 12:16
Podziękował : 42 razy
Otrzymał podziękowań: 69 razy

Re: Ayahuasca

Postprzez Born1975 » 11 cze 2020, o 19:28

Psychodeliki nie poszerzają świadomości, tylko koncentrują ją na niskowibracyjnym astralu. Większość osób czuje boskość, ale to iluzja. Wydaje się, że to droga na skróty i owszem jest tak, ale to droga ku zatraceniu. Po jednej sesji niby nic nam nie jest, ale nawet jedna sesja to oddanie kontroli nad swoim umysłem. A komu ją oddamy, nie mamy pojęcia. I nie chodzi o fizycznych ludzi... Jesteśmy co prawda świadomi, ale nie wiemy, co wejdzie do naszego umysłu. Ja sam gdy miałem ciężki stan depresyjny, dosłownie słyszałem głosy demonów. Tak po prostu działa umysł w zmienionym stanie świadomości. A zarówno psychodeliki jak i depresja zmieniają świadomość. Można ćwiczyć OOBE i mieć podobne efekty, ale w OOBE cały czas mamy kontrolę i sami decydujemy, gdzie chcemy się udać. Gdy zażywamy psychodeliki, nie kontrolujemy tego, gdzie się udajemy.

Porównam to jeszcze do marihuany, która uchodzi za stosunkowo bezpieczną. I ja też tak myślałem, aż poznałem gościa, który codziennie jarał około grama zielska. Koleś był po prostu otumaniony przez prawie cały czas. Zwykłe zioło też zmienia świadomość w sposób, którego nie jesteśmy w stanie kontrolować. Wszelakie oddanie kontroli nie jest niczym dobrym, więc przestrzegam. Jest mnóstwo sposobów na zmianę stanu świadomości i są to sposoby bezpieczne. Najprostsza jest zwykła medytacja, ale są bardziej zaawansowane techniki jak np. wspomniane OOBE czy jasne sny.

Reasumując, jesteście dorośli. Ja wyraziłem swoje zdanie, a co zrobicie, to wasza sprawa.
Ja tu tylko sprzątam :mrgreen:
Avatar użytkownika
Born1975
 
Posty: 2292
Dołączył(a): 9 cze 2014, o 22:56
Lokalizacja: smileoo.com
Podziękował : 869 razy
Otrzymał podziękowań: 627 razy

Re: Ayahuasca

Postprzez michu » 12 cze 2020, o 02:49

Zacznę po krótce od marihuany, o której wspomniałeś. Posłużę się badaniami, które wykazały kurczenie się hipokampa. Amerykańscy naukowcy (a jakże) z Univeristy of Dallas Texas wykazali, że częste palenie marihuany zmniejsza objętość hipokampa w mózgu. Odpowiedzialny za pamięć hipokamp jest elementem układu limbicznego, układu odpowiadającego za regulację stanów emocjonalnych. To tam rodzi się radość, euforia ale także strach. Cały układ limbiczny odpowiedzialny jest za odczuwanie emocji. Kiedy równowaga zostaje zachwiana, człowiek przestaje przypominać samego siebie. W dodatku THC odkłada się w komórkach glejowych mózgu, komórkach odpowiedzialnych za przewodnictwo neuroprzekaźników. Komórki te uczestniczą w procesach neuronalnych. Kiedy receptory kanabinoidowe są przesycone THC, a hipokamp jest skurczony, co dodatkowo pogarsza działanie całego układu limbicznego, szwankuje nie tylko pamięć ale i emocje. Wcale się nie dziwię, że gość o którym wspominasz tak źle się czuł.

Co do głosów o których napisałeś, które słyszałeś będąc w depresji. To samo usłyszałem kiedyś od jednej osoby. Że będąc w depresji słyszała szepty. Głos który powodował ciarki na plecach. Od razu przyszedł mi do głowy daimonion - część ludzkiej natury która może się w nas obudzić gdy oddajemy jej dużo negatywnej, niskowibracyjnej energii. Wtedy karmimy w sobie ten mroczny aspekt nas samych, który potrafi urosnąć do takich rozmiarów, że przybiera nawet formę opętania. Tematu nie zgłębiałem na tyle, by powiedzieć teraz coś więcej na ten temat, ale tak myślę że może te dobre anioły i złe demony od zawsze w nas tkwią, tylko od nas zależy które nakarmimy swoją energią. I jakiej jakości ta energia będzie.

Rozmyślałem dzisiaj o tym co napisałeś Born, o tym że psychodeliki nie poszerzają świadomości. Może też użyłem zbytniego uogólnienia używając liczby mnogiej kiedy mówiłem o "narzędziach" poszerzających świadomość, ale chodziło mi ściśle o Ayahuascę.

Z mojego doświadczenia Ayahuasca poszerza świadomość - bez cienia wątpliwości. Po tym jak zakończyła się ceremonia, przez jakieś dwa tygodnie czułem silne połączenie i jedność ze światem, celowość każdej sytuacji, nieprzypadkowość. Czułem ufność do świata, wiedziałem że wszystko ma swoje miejsce i swój czas. Patrzyłem na świat w kategoriach wibracji i energii. Każdego dnia towarzyszył mi głęboki spokój. Później intensywność tych doznań nieco osłabła, ale tylko odrobinę. Czułem się jakbym odkrył tajemnice wszechświata, jakbym dostąpił oświecenia. I trwało to dobre trzy miesiące, kiedy nie opuszczała mnie radość, optymizm, miłość do świata i do ludzi. Wszędzie widziałem pozytywy i zalety. Wszędzie i w każdym. Aż za bardzo, zatraciłem w pewnym momencie równowagę. Straciłem balans. Denerwowałem wręcz niektórych ludzi swoim podejściem do życia. Równie dobrze mogliby mi uczepić do rzyci tęczowy ogon, a na czoło przykleić kolorowy róg, wołając "my little pony". Przesadziłem, ale myślałem że jestem na szczycie. Chciałem zmienić kogo się tylko da na lepsze, nie dość że pokazać drogę na szczyt, to jeszcze z uporem wtachać kogoś na samą górę. Ale mój szczyt nie musi być czyimś szczytem. To co dla mnie jest dobre, niekoniecznie musi być dla drugiej osoby. I bardzo często nie jest. To co dla mnie nie jest dobre, może okazać się dobre dla kogoś innego. Każdy ma swoją drogę, swoje lekcje do przepracowania. Ja nie mam absolutnie żadnego prawa mówić komuś, jak ma żyć. Bo nie wiem co go czeka, nie znam jego drogi. Wtedy tego wszystkiego nie wiedziałem, bo byłem zbyt wysoko. Bo ominąłem drogę na ten szczyt, na której bym się tego nauczył. Bo na szczyt dotarłem za pomocą magicznego eliksiru, który pomógł mi się tam dostać. I wkrótce miałem z tego szczytu spaść.

Wszechświat podesłał mi jedną tylko osobę do mojego życia, która pomogła mi z tego szczytu upaść - i to z ogromnym hukiem. Jakby wszechświat testował mnie, czy jestem godzien takiego stanu świadomości jakiego wówczas doświadczałem. Jak się później okazało, nie byłem. Boleśnie się o tym przekonałem. Zobaczyłem wszystkie swoje wady jak na tacy, oprócz tego zacząłem chorować. Trucizna którą pozwalałem wlewać w siebie kropla po kropli każdego dnia, wypaliła każdą piękną emocję, zniszczyła pewność siebie, rozbiła poczucie własnej wartości. Nie mogłem spać, a gdy już mi się to udawało - nawiedzały mnie złe sny, po których budziłem się mokry i lepki od zimnego potu. Poczucie winy ciążyło jak głaz uwiązany u serca, nie mogłem się z tego uwolnić. Natarczywe myśli nawiedzały mnie dosłownie co minutę. Zacząłem tracić na wadze, nie miałem apatytu. Obwiniałem nie tylko siebie, ale i cały wszechświat. W pewnym momencie czułem się jak wrak, i zacząłem się obawiać że tak mi już zostanie. Że nigdy nie wydostanę się z piekła, na które sam się zgodziłem. Nigdy w życiu nie czułem się tak źle, jak pod koniec ubiegłego roku.

Szybki wzrost wiąże się również szybkim upadkiem. Najpiękniejszy pałac zbudowany na kiepskim fundamencie w końcu runie. Jeśli takimi fundamentami są głęboko schowane i nieprzepracowane przekonania, wyparte krzywdy, ukryte emocje na które boimy się nawet spojrzeć - a co dopiero mówić o akceptacji. Co z tego że na chwilę byłem niemal bliski oświecenia, jeśli głęboko w środku wciąż tkwiła masa rzeczy, nad którymi powinienem był jeszcze popracować. Zatraciłem siebie, w pewnym momencie czułem jakby moja dusza gdzieś odpłynęła, jakbym był pusty. Wszystko we mnie runęło. Straciłem siebie.

Ale nie poddałem się. Dałem się temu wszystkiemu pochłonąć, poczułem to całym sobą. To bolało, ale spojrzałem na siebie bardzo krytycznie. Nazwałem rzeczy po imieniu. To bolało, ale to było konieczne. Musiałem to wszystko zaakceptować. Musiałem zaakceptować siebie. I choć długo mi się nie udawało, wiedziałem że muszę pokochać siebie od nowa. Postanowiłem raz jeszcze udać się na szczyt, ale tym razem już drogą dłuższą, wymagającą znacznie większej pracy i cierpliwości. Robiłem wszystko, byle tylko się tam dostać. Dużo w międzyczasie medytowałem, uczyłem się siebie od nowa. Po drodze wiele razy upadałem, ale za każdym razem podnosiłem się i szedłem dalej. I ta droga wciąż trwa, a szczyt jest już blisko. Po drodze nauczyłem się też pokory, spotkałem mojego dobrego przyjaciela - poczucie własnej wartości, do dziś towarzyszy mi w podróży. Niebawem dołączyła do nas pewność siebie, wtedy szliśmy już w trójkę, ramię w ramię. A na końcu spotkałem miłość - moje lustrzane odbicie. Wtedy też wszyscy połączyliśmy się w jedną całość.

I szczyt jest cały czas przede mną, pięknie góruje nad horyzontem. Każdego dnia wstaję rano i rozpoczynam kolejny dzień, zmierzając ku niemu. Zrozumiałem że to nie osiągnięcie tego szczytu jest najważniejsze, ale droga do niego. Gdybym stanął na samym szczycie, nie miałbym już gdzie iść. Każdego dnia jestem coraz bliżej, każdego dnia poznaję siebie na nowo.

I obecnie czuję się w zasadzie... tak jak po ceremonii. Powiedziałbym nawet, że lepiej. Mógłbym napisać wam o godzinach medytacji, EFT, afirmacjach, dwupunktach, morsowaniach, masażach, wizualizacjach i całej masie innych rzeczy, które pomogły mi to osiągnąć. Poświęciłem na to mnóstwo czasu i energii. Musiałem stracić siebie, by odzyskać nowego siebie. Szybki wzrost świadomości to szybki upadek. W tym aspekcie zgodzę się z Tobą Born, że to droga do zatracenia. Ale jeśli pracujemy nad sobą powoli, wytrwale i cierpliwie - stajemy się silniejsi. Wtedy i te efekty są długotrwałe, głębokie. Wzmocnione na wielu aspektach, jak potężne duchowe zbrojenie.

Skłoniło mnie to wszystko do głębokich refleksji, widzę teraz łańcuch wzajemnych powiązań od tamtych wydarzeń, nic nie było przypadkowe. Nawet to, że przecież nie dawno postanowiłem nie zamieszczać tej relacji, a jednak dzisiaj to zrobiłem. Może po to, bym mógł się nad tym głębiej zastanowić i poświęcić temu czas. Bym sobie to wszystko uświadomił. Jeśli wam ten post nie pomógł, to z pewnością pomógł mnie. Czuję, że teraz jestem na właściwej drodze. Czy warto spożywać magiczne eliksiry wznoszące wysoko tylko po to, by doświadczać później bolesnego upadku? Droga na skróty nie jest dobrą drogą, można przegapić po drodze wiele pięknych widoków. Można po drodze stracić siebie, a odbudowanie siebie od nowa łatwe nie jest.

Wybaczcie, że się tak rozpisałem, ale spojrzałem teraz na to wszystko znacznie szerzej, z szerszej perspektywy czasowej. Z szerszej perspektywy wzajemnych powiązań, zbiegów okoliczności i nieprzypadkowości. Zobaczyłem to, czego nie widziałem wcześniej. Dopiero teraz sobie to wszytko uświadomiłem.

Moją przeszłością was zamęczać już nie będę, bo zaczynam się robić nudny i monotematyczny, a to zamiast zbliżać ludzi - oddala ich od siebie. Więc na tym poprzestanę. Ale po prostu poczułem żeby to wszystko napisać.

Każdy ma wolny wybór, i każdy i tak zrobi co chce. Możecie potraktować moją relację jako wycieczkę do świata baśni, jako ciekawostkę. Wiecie jak wygląda to od kuchni. Ale czy to wszystko jest tego warte? Odpowiedzcie sobie sami, ja już sobie odpowiedziałem.

Dziękuję Born za komentarz, dzięki Twoim słowom mogłem to wszystko przemyśleć od nowa.

Pozdrawiam
Lepiej być szczęśliwym, niż mieć dobry humor

Za ten post autor michu otrzymał podziękowania - 2
Rosa, Świetlista
Avatar użytkownika
michu
 
Posty: 59
Dołączył(a): 7 wrz 2018, o 12:16
Podziękował : 42 razy
Otrzymał podziękowań: 69 razy

Re: Ayahuasca

Postprzez Born1975 » 12 cze 2020, o 17:06

Michu na ten temat można by dyskutować bez końca. Wyciągnąłeś wnioski z tego, co napisałem i to jest bardzo dobre. Być może kiedyś jeszcze wrócimy do tej rozmowy, na chwilę obecną nie będę jednak o tym pisał.
Ja tu tylko sprzątam :mrgreen:
Avatar użytkownika
Born1975
 
Posty: 2292
Dołączył(a): 9 cze 2014, o 22:56
Lokalizacja: smileoo.com
Podziękował : 869 razy
Otrzymał podziękowań: 627 razy

Re: Ayahuasca

Postprzez michu » 13 cze 2020, o 01:17

Oj tak, można by dyskutować na ten temat długo. Na temat drażliwy, delikatny i kruchy jak na to forum. Przetarłem kurz z urwanego przed czterema laty wątku i dzisiaj dopiero zobaczyłem, że użytkowników najbardziej w tym temacie zarówno aktywnych jak i chętnych - już dawno z nami nie ma. Ostatnie wizyty na forum są sprzed trzech, czterech czy nawet pięciu lat. Tym bardziej pomyślałem sobie że być może wcale was nie zainteresowało to, co tutaj zamieściłem. Ale jeśli choć jedna osoba z was które to czytały, coś z tego wyciągnęła - zaliczam to na plus. Przede wszystkim ja dużo z tego wyciągnąłem, zaraz napiszę dlaczego.

Na moment wrócę jeszcze do tematu Ayahuacji i mojej relacji. To była tylko relacja jednej osoby - mnie. I tylko i wyłącznie moje odczucia i doświadczenia, moje wizje. Myślę że warto jednak nadmienić również to, że na przykład jedna z osób z którą na tę ceremonię pojechałem, miała zgoła inne doświadczenia. Facet o którym mówię nie doświadczył żadnej świętej geometrii, żadnej podróży do źródła, niczego wzniosłego ani nawet tej bezwarunkowej miłości o której pisałem. Zamiast tego odczuwał niebezpiecznie spotęgowany strach oraz nieuzasadniony irracjonalny lęk. Ogarnęła go panika, chciał się stamtąd wydostać. Był przekonany że zostaliśmy uwięzieni przez jakąś sektę i zostaniemy zniewoleni, że czeka nas jakaś zbiorowa orgia. Taka sytuacja. Mam nadzieję że nie będzie mieć mi on tego za złe, jeśli pewnego dnia trafi na to forum i to przeczyta, ale piszę to w dobrej wierze. Żeby przedstawić to wam też z drugiej strony. Nie wiadomo jak wypicie takiej substancji może podziałać na człowieka, ja obecnie czuję się dobrze, z moją psychiką i emocjami też jest jak najbardziej ok. Tak i wtedy nie czułem negatywnych emocji z tym związanych. Ale to że ja nie czułem, nie znaczy że ktoś inny nie poczuje. Ja kiedy tam jechałem to nie miałem na głowie żadnych problemów, wychodziłem na prostą. Stąd uczucie miłości i radości mogło zostać spotęgowane wielokrotnie. Ale co jeśli ogarnia nas jakiś wewnętrzny strach, ciche lęki które ujrzą światło dzienne po wypiciu specyfiku? Może być różnie, tak jak facet o którym wspomniałem, który mówiąc krótko - odpłynął w ocean zapomnienia na statku o nazwie "Bad trip". Nie wiedział wszak, że statek na którego pokład wchodził tak się nazywa, nie wiedział także że nadchodzi sztorm. Takie rzeczy też mogą się zdarzyć. Kilka materaców ode mnie jedna dziewczyna wzdychała i jęczała na tyle specyficznie i intensywnie, iż przywodziło to na myśl bardzo jednoznaczne skojarzenia. Nie wiem jakie miała "wizje", mogę się tylko tego domyślać.

Co się tyczy mojej wczorajszej dłuższej wypowiedzi, pomogła mi zrozumieć bardzo wiele rzeczy. Ayahuasca była jakby punktem zapalnym pewnego łańcucha wydarzeń, który doprowadził mnie to pewnego etapu w swoim życiu. Wybaczcie mi za wczorajsze wylewanie przy okazji swoich żali, ale musiałem to nazwać po imieniu aby ponownie zweryfikować wspomnienia sprzed lat oraz dokonać ich konsolidacji w świetle obecnego stanu świadomości, patrząc z szerszej perspektywy. Co do wylewania żali - co też dzisiaj sobie uświadomiłem - nie po to, to forum istnieje, by zaśmiecać je takimi treściami. Bo co wam to da, że będę wam biadolił po raz n-ty z rzędu jak to miałem przeje*ane, jak prawie zatraciłem siebie i jak później odzyskałem siebie, jak to pokochałem siebie od nowa. No okej, ale co to wnosi konstruktywnego do dyskusji? Zupełnie nic, człowiek czasem wręcz może się poczuć gorzej czytając czyjeś podobne wypociny, i w jakiś choćby subtelny sposób zacząć chłonąć tą krzywdę którą ten drugi opisuje. Może to wręcz irytować i zostać źle odebrane. I wiem że są to jeszcze resztki jakiegoś przestarzałego programu który kiedyś ciągnął mnie w dół. Zresztą, pisałem o tym już chyba w dwóch wcześniejszych postach, więc pisać ponownie w ten sposób zamiaru nie mam. Domyślam się że znacznie bardziej zyskacie na tym jeśli opowiem wam jak tego dokonałem, bądź jak tego można uniknąć niż sam fakt że było źle a teraz już jest lepiej. To nie wnosi do dyskusji kompletnie nic. To forum nie nazywa się wylewaniezali.net tylko PrawoPrzyciagania.net, dlatego niniejszym w tym poście z tym kończę, a w następnych skupię się na moich przemyśleniach które mogą wam pomóc, na sposobach które pomogły i mnie, na postach które pomogą dodać wam skrzydeł.Taka jest moja intencja.

Jako rozwinięcie tego co napisałem w poprzednim akapicie, każdy z nas ma jakieś problemy. Ja nie jestem tutaj sam, jest nas całkiem pokaźne grono. Każdy wnosi coś od siebie do dyskusji, i każdy w swoim życiu napotkał na jakieś przykre sytuacje, problemy zdrowotne, traumy. Ktoś mógł stracić kogoś bliskiego, i zawalił mu się świat. Kogo innego ściga komornik, jeszcze ktoś inny być może nieumyślnie spowodował czyjąś śmierć, ktoś mógł być wykorzystywany w dzieciństwie. Każdy nosi na swoich barkach inny ciężar. Jeden użytkownik forum (sądząc po nicku - szlacheckiego pochodzenia) wyznał nawet kiedyś, wzniosłymi słowami zresztą, jak bardzo palącym problemem jest dla niego codzienne manipulowanie przy swoich genitaliach - w dodatku czasami nawet trzy razy pod rząd (swoją drogą, mam nadzieję że chłopak już się z tym uporał). Tak więc widzicie, ilu ludzi - tyle problemów. Zamęczać was już swoimi problemami nie będę, i nie mam zamiaru. Obieram inny azymut. Zresztą, poświęcanie uwagi temu co było, odwraca ją od tego co jest przed nami. Spójrzmy w słońce, a cienie zostawimy za nami.

Poza tym, zauważyłem że odrobinę egocentryczności jak cichy cień, zaczyna wkradać się w moje wypowiedzi, co nie ukrywam, odrobinę mnie zaniepokoiło. Dlatego dobrze że w porę skierowałem na nie swoje wewnętrzne światło i mogłem to zobaczyć.

I piszę tego posta tak bardziej dla siebie niż dla was, ale właśnie to mi się podoba że można tak sobie fajnie poukładać wszystko w głowie bo następuje interakcja między użytkownikami. Dynamiczna wymiana poglądów, można je fajnie przewartościować i poukładać sobie w głowie. Pisząc samemu ze sobą, do podobnych wniosków mógłbym dojść późno, bądź wcale. Dlatego raz jeszcze wam dziękuję.

Ponieważ temat Ayahuasci uważam z mojej strony za wyczerpany, jak i również za bezcelowe uważam jego kontynuowanie, wrócę tylko do jeszcze jednej tylko rzeczy którą poruszył Born1975 w tym wątku, a która to bardzo ale to mnie zaintrygowała.

Słyszenie głosów. Myślę o tym od wczoraj, dzisiaj też o tym myślałem. Dużo rzeczy przychodzi mi do głowy. Wczoraj daimonion, dzisiaj Tulpa (coś mi mówi, że jest to bardzo ze sobą powiązane). Trochę budowa mózgu chodzi mi pogłowie, neurony lustrzane. Napisałbym więcej, ale potrzebuję więcej informacji. Temat zgłębię, i może założymy oddzielny wątek by o tym porozmawiać, bo jest to naprawdę interesujące. Kiedy będę wiedzieć coś więcej, z pewnością się tym z wami podzielę.

Tyle ode mnie, więcej już w tym wątku zaśmiecać nie będę. Mam nadzieję że nie przynudziłem was tym razem :)

Pozdrawiam
Lepiej być szczęśliwym, niż mieć dobry humor
Avatar użytkownika
michu
 
Posty: 59
Dołączył(a): 7 wrz 2018, o 12:16
Podziękował : 42 razy
Otrzymał podziękowań: 69 razy

Re: Ayahuasca

Postprzez Born1975 » 13 cze 2020, o 01:43

O tulpie słyszałem. Myślałem nawet, czy ten temat nie był poruszany na forum, ale szukajka kieruje tylko do tego wątku, więc jeśli był, to tylko na czacie. Z terminem daimonion spotykam się pierwszy raz, ale po definicji z Wikii utożsamiłbym go z intuicją, choć Wikii podaje, że to raczej sumienie. W niektórych kontekstach oba terminy faktycznie mogą mieć wiele ze sobą wspólnego, ale moim zdaniem nie są tożsame. Oba terminy jak dla mnie są natury psychologicznej i nie wiązałbym ich z neuronami lustrzanymi, bo te neurony jak sama nazwa wskazuje, są terminami związanymi z neurologią. Chociaż z drugiej strony ich rola nie jest jeszcze w pełni znana. Tu raczej faktycznie można by założyć nowy temat.

Co do tego, że ktoś miał problemy i sobie z nimi poradził, to uważam, że opisanie tego na forum będzie korzystne dla innych. Trzeba zrozumieć jednak pewną rzecz, że jeśli komuś coś się udało w jakiś konkretny sposób, to w ten sam sposób uda się tylko jakiemuś procentowi innych osób, bo każdy z nas ma inną psychikę.
Ja tu tylko sprzątam :mrgreen:
Avatar użytkownika
Born1975
 
Posty: 2292
Dołączył(a): 9 cze 2014, o 22:56
Lokalizacja: smileoo.com
Podziękował : 869 razy
Otrzymał podziękowań: 627 razy

Re: Ayahuasca

Postprzez michu » 13 cze 2020, o 04:27

W jednym zdaniu chciałem tylko sprostować, że chodziło mi o szukanie rozwiązań problemów, a nie mówieniu tylko o nich, bo sam krytycznie spoglądając na moje ostatnie wypowiedzi, złapałem się na tym że właśnie tak zrobiłem :) Szukajmy rozwiązań, wspierajmy się. Po to jest to forum. Jestem jak najbardziej jestem za.

Leży u mnie na półce książka "Miłość i Wola - Rollo May". Tam szeroko i wieloaspektowo poruszony jest temat daimoniona, więc jeśli ją przeczytam, z pewnością znajdę jakieś odpowiedzi i się z wami nimi podzielę.

Kiedyś znalazłem też w sieci artykuł o egzorcyzmach, była w nim mowa o tym, że to właśnie te wynaturzone części osobowości potrafią urosnąć do tego stopnia że przybierają taką formę. Tam też była mowa o daimonionie. Szukałem nawet tego artykułu w sieci, niestety nie udało mi się go znaleźć ponownie. I czuję że jest jeszcze coś w książce "biologia przekonań", coś co pominąłem kiedy ją czytałem, a czytałem ją już jakiś czas temu. Muszę jeszcze poszperać, coś się znajdzie.
Lepiej być szczęśliwym, niż mieć dobry humor
Avatar użytkownika
michu
 
Posty: 59
Dołączył(a): 7 wrz 2018, o 12:16
Podziękował : 42 razy
Otrzymał podziękowań: 69 razy

Poprzednia strona

Powrót do Rozwój duchowy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości