Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

historie zmian w naszym życiu, odkrycie PP, nasze sukcesy

Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez prana » 5 maja 2017, o 07:58

Kilka osób poprosiło mnie abym opisała tutaj "swoją historię". Dzisiaj mam troszkę wolnego czasu, dlatego postanowiłam, że napiszę Wam mniej więcej jak to u mnie było/jest.
Kiedyś już pisałam wątek o tym jak postrzegam PP: viewtopic.php?f=3&t=408. Od tamtej pory minął już prawie rok. Teraz opiszę wszystko dokładnie, kroczek po kroczku. Zastanawiałam się nad tym czy wnikać tutaj w swoje życie prywatne, opowiedzieć o studiach, zawodzie, planach, zainteresowaniach ( o tym co wciąż przyciągam), bo w sumie to jeśli podam dużo szczegółów ze swojego życia to ktoś mógłby mnie rozpoznać - świat jest przecież bardzo mały :) Ale co tam, nawet jeśli ktoś mnie tutaj zna to przynajmniej potwierdzi, że wszystko co tuta piszę to prawda :)
A wiec, chronologicznie :D

1. Dzieciństwo.
Moja rodzina zawsze była nietypowa, jak na polskie realia, ponieważ moja mama była po rozwodzie - a to były jeszcze takie czasy, że wszyscy się dziwili dlaczego mam inne nazwisko niż mama i część rodzeństwa. Nie była to typowa polska rodzina, między innymi dlatego, że moi rodzice to osoby niewierzące. Zwłaszcza ojczym-bardzo specyficzny człowiek, zdeklarowany ateista. Mimo to ja jakoś tak się uchowałam, że chodziłam co niedzielę do kościoła :) Modliłam się codziennie. Z jednego powodu - wszystko o co prosiłam Boga/Matkę Boską ZAWSZE się spełniało. Bóg był moim przyjacielem, w ten sposób się do niego zwracałam, a Matka Boska matką (Moja Kochana Mateczko Przenajświętsza :) ) Ja jako 8 letnie dziecko, miałam świadomość, że Bóg słyszy wszystkie moje myśli, wszystkiego wysłucha. Rodzina śmiała się ze mnie, że chodzę do kościoła ("mały katol nam rośnie"). Ale jak jakoś czułam, że to ma sens, potrzebowałam tego. Największy wpływ miała na mnie babcia (o dziwo matka mojego ojczyma) - najcudowniejsza kobieta na ziemi oraz katecheta w podstawówce. Babcię traktowałam jako wzór. Pamiętam, że w jak byłam mała powiedziałam sobie w myślach - chcę być jak babcia, chcę być dobra, chcę żeby wszyscy mnie lubili. Opracowałam sobie system modlitwy. Nigdy nie podobały mi się gotowe modlitwy. Częściowo dlatego, że ich nie rozumiałam, a częściowo, bo uważałam (już jako mała dziewczynka), że to głupie mówić przygotowane przez kogoś wierszyki, lepiej modlić się z serca, rozmawiać z Bogiem. I modliłam się tak: codziennie przed zaśnięciem rozmawiałam z Bogiem według schematu - proszę, dziękuję, przepraszam. Prosiłam o wiele rzeczy, o spełnienie swoich marzeń, małych celów, o dobre oceny w szkole, o przyjaciół, o to żeby mama się nie gniewała itd; dziękowałam za wszystko co dobre w moim życiu - wyliczałam dosłownie wszystko - zdrowie, ładny wygląd, przyjaciół, rodzinę, dobre oceny, miłe rzeczy, które mnie w ciągu dnia spotkały; i przepraszałam - uważałam, że taka spowiedź jest bardziej szczera niż taka w konfesjonale, szczerze gadałam z Bogiem, że bardzo mi przykro, że coś złego (w moim uznaniu) zrobiłam. Wiele nauczył mnie też katecheta - nauki, które do teraz pamiętam, które miały na mnie ogromny wpływ to np.jeśli rano nie masz czasu się pomodlić to wystarczy jedno zdanie: "dziękuję Boże się obudziłam"- i tak też robiłam. Pamiętam jak powiedział, żeby codziennie starać się podarować komuś jeden uśmiech, to wrócą do nas 3 uśmiechy (na początku myślałam, że dosłownie chodzi o zwykły uśmiech-strasznie się wtedy śmiał ze mnie, bo do wszystkich się szczerzyłam :), potem zrozumiałam, że chodzi o dobre gesty, słowa, uczynki - to one do nas wracają). Tak więc te dwa autorytety, tak bardzo wpłynęły na moje życie i jestem i do teraz za to wdzięczna. Jak już wspomniałam takie traktowanie Boga sprawdzało się lepiej, niż bezrefleksyjne klepanie formułek i chodzenie do Kościoła, aby tylko chodzić. Zawsze dziwiłam się, że ludzie chodzą masowo do Komunii, a wychodząc z kościoła obgadują się nawzajem, są złośliwi, wredni, a nawet źli. Tymczasem spełniało się wszystko o co prosiłam, zawsze. Miałam perfekcyjne oceny w szkole, brałam udział w wielu konkursach, zawsze byłam zdrowa, miałam powodzenie u chłopców, byłam lubiana, miałam wielu przyjaciół. Sytuacja rodzinna nigdy nie była idealna, ale za bardzo się tym nie przejmowałam. Cieszyłam się z tego co mam. Wstęp może nieco przydługi, ale zobaczycie dalej, że to wszytko ma sens i się ze sobą łączy, więc musiałam to opisać. :)
2. Gimnazjum i szkoła muzyczna.
Zawsze lubiłam śpiewać. Pomyślałam sobie kiedyś, że fajnie byłoby chodzić do szkoły muzycznej. Nie mam zbyt dobrego słuchu muzycznego, powiedziałabym, że zupełnie przeciętny. mimo to odnosiłam wiele sukcesów muzycznych, konkursy wojewódzkie itd. Przełomową decyzją w moim życiu był wybór liceum. Nie wiedziałam, czy zostać w szkole do której chodziłam do tej pory (to był zespół szkół - gim+liceum), czy pójść do innego liceum. Moja mama jest nauczycielką, chodziłam do tego gimnazjum, w którym uczyła. Pamiętam, że spóźniłam się na egzamin gimnazjalny. Była wtedy osobą bardzo nerwową, więc baaaaaardzo się na mnie zezłościła. Powiedziała coś typu, że przynoszę jej wstyd, bo tylko ja się spóźniłam na całą szkołę itd. I wtedy podjęłam decyzję: w takim razie idę do innego liceum, będę dostawać świetne oceny mimo, że nie uczy tam moja mama, uwolnię się spod jej "dyktatury", będę miała bliżej do szkoły muzycznej. I była to jedna z najważniejszych i najmądrzejszych decyzji w moim życiu.
3. Liceum.
Po pierwsze w liceum poznałam swojego obecnego męża - tak jestem z nim 8,5 roku (całe liceum, całe studia, rok po studiach, aż do teraz). Od niecałego roku jesteśmy małżeństwem :) Pierwsza miłość, pierwszy chłopak. Taka typowa miłość od pierwszego wejrzenia. Ale o tym później. Chodziliśmy razem do liceum (jest rok starszy) i do szkoły muzycznej. Wszechświat/Bóg wiedział co robi, że mi ten budzik na egzamin gimnazjalny nie zadzwonił :P Już wtedy chciałam znaleźć prawdziwą miłość. Wyobrażałam sobie swojego księcia z bajki, który mnie przytula, zasypia obok mnie (nie konkretna osoba, ale pamiętam, że w wyobrażeniach był to wysoki chłopak i dobrze zbudowany, dobry, wrażliwy i jednocześnie męski, który kocha mnie bezgranicznie). No i się znalazł. Mowi, że jak mnie wtedy zobaczył pierwszy raz na korytarzu to było jak piorun, zakochał się od pierwszego wejrzenia, tylko myślał, że nie ma szans. Ale na szczęście jakoś się odważył zagadać :D I wiedzie co? Często mnie potem pytał, co ja w nim zobaczyłam - chudy, nieśmiały, z biednej rodziny, przeciętny z wyglądu (to jego zdanie). Nie wiem - JA PO PROSTU WIEDZIAŁAM, CZUŁAM ŻE TO ON. I do teraz tworzymy idealny związek, bardzo rzadko się kłócimy, bardzo się kochamy, przez 8,5 roku, ta miłość nie osłabła. Wydaje mi się, że prawdziwa miłość jest wtedy, kiedy po prostu kochamy, nie oczekując od drugiej osoby nic w zamian, nie kochamy za coś - za wygląd, cechy charakteru, kochamy po prostu, bezwarunkowo, a wtedy od tej osoby dostajemy to samo. I jak wspomiałam - wyobrażałam sobie chłopaka dobrze zbudowanego - jak go poznawałam był bardzo chudy. Teraz ma PRZECUDOWNĄ sylwetkę 8-) sexi mąż, grecki posąg, hehe :) na siłownię zaczął chodzić na studiach, sam, z własnej woli. Także Wszechświat zawsze wie, co robi ^^ Więc kierujcie się uczuciami, nie rozumiem (hmmm...czy to na pewno on?). Ja nie miałam, żadnych wątpliwości. Już na pierwszej randce wiedziałam, że będę z tym chłopakiem do końca życia. Po prostu to czułam, pokochałam go bezwarunkowo.
Druga sprawa - szkoła muzyczna. Jak wspominałam - chciałam, to była w tym świetna, kochałam swój instrument, grałam całą duszą i dlatego inni to doceniali - tylko jedno ale - ja nie miałam zbyt dobrego słuchu muzycznego - nie byłoby ze mnie genialnego muzyka,. I byłam w rozterce. Zdać porządnie maturę, czy isć na akademię muzyczną? Modliłam się codziennie, prosiłam o znak, co mam robić. Powtarzałam "Boże prowadź mnie". No i znak pojawił się - najpierw mój chłopak, potem ja mieliśmy fizyczny problem z graniem. Oboje graliśmy na instrumentach dętych (obój, klarnet) i oboje w pewnym momencie musieliśmy przestać grać. Po prostu brakowało nam powietrza, ja dusiłam się jak grała. CUD? Przeznaczenie? Teraz wiem, że widząc, że on nie może grać, a jednocześnie prosząc Boga o wskazanie rozwiązania, drogi, po prostu przyciągnęłam rozwiązanie - fizycznie nie mogłam grać. Bardzo przeżyłam odejście ze szkoły muzycznej. Ale tak musiało być, dostałam drastyczną wskazówkę, że to nie jest moja droga życiowa, pewnie teraz byłabym nieszczęśliwa.
4. Studia.
Ogólnie to dostałam się na politechnikę, na biotechnologię. Bardzo trudny kierunek, całe studia trzeba się bardzo dużo uczyć, każdego dnia, bo inaczej nie skończysz ich w terminie. Nie jestem ponadprzeciętnie mądra, inteigentna, zdolna. Miałam na studiach wielu geniuszy, bardzo zdolnych osób, ponadprzeciętnie mądrych. A mimo to zdawałam niemal wszytko w pierwszych terminach. Miałam stypendium rektorskie, dodatkowo 1000zł z Unii z miesiąc i jeszcze ogarnęłam sobie 3 miesięczny staż za 12 tysięcy złotych za 3 miesiące. Uczyłam się oczywiście, ale na pewno nie więcej niż większość osób, które musiłay powtarzać rok (zaczynało nas 160osób, obroniło inżyniera obroniło w terminie może z 30, magistra zrobiło chyba z 20).
Na studiach byliśmy z mężem (wtedy jeszcze chłopakiem, dla ułatwienie będę pisała Moim A.) na wielu fajnych wyjazdach - Kanary, Madera, co roku Tatry (moja druga miłość), pracowaliśmy przez 3 miesiące w Anglii (odłożyliśmy bardzo dużo pieniędzy).
I w tym miejscu zacznie się moja świadoma przygoda z PP.
Już po inżynierce jedna koleżanka zapytała mnie - "jak Ty to robisz, że wszytko tak bez problemu zaliczasz, a nie uczysz się wcale więcej niż inni". Odpowiedziałam:" Nie wiem, po prostu nie zakładam, że może być inaczej, że zdam. Mówię sobie - zdam i koniec, ktoś to przecież musi zdać, wszystko jest dla ludzi. Przecież po to się uczę żeby to zdać. Nie rozumiem ludzi, którzy od razu zakładają, że nie zdadzą, jęczą i dramatyzują - jaka masakra ten egzamin- na pewno będzie poprawka". A ona na to = "To pewnie czytałam Sekret?". Nigdy go nie czytałam...
Jak wróciłam do domu to najpierw obejrzałam film z Moim A. On był oczywiście sceptyczny. Ta cała otoczka filmu...Magia, Sekret,Czary mary, uwierz i cyk masz, podjarani Amerykanie, hehe....No racjonalny facet, taki typowy racjonalista sporzy na to z politowaniem. Ale mi się zapaliła lampka...PRZECIEŻ JA CAŁE ŻYCIE STOSUJĘ PP! Nieświadomie. Modliłam się - wierzyłam, że wszytko o co poproszę spełni się, wierzyłam w swoje cele, marzenia, miałam wszytko na zawołanie. Przecież to jest takie łatwe!!! Tylko trzeba nauczyć się wporowadzić to w życie! Wiem, że mi łatwiej uwierzyć było w PP, bo miałam miliard dowodów ze swojego życia, że ono działa. Całe moje życie to jedne wielki dowód! osoba, która miała bardzo ciężki start i życie zbyt jej się nie układa i nagle obejrzy taki film i nawet jeśli uwierzy w jego treść to trudno będzie jej na podstawie takiego filmu wprowadzić PP do swojego życia. Bo ja po prostu już wcześniej wiedziałam jak to się robi, jaki jest tego mechanizm. Wystarczy uwierzyć, że coś już JEST. Np. zdam egzamin/już jest zdany - bo się nauczyłam, wygram konkurs - bo czemu nie, mam Mojego A., bo takiego go sobie wyobraziłam itd.
I od tego czasu stosuję PP świadomie. Co przyciągnęłam, jak je stosuję i jak cudowne jest teraz moje życie i jakie mam plany opiszę później, bo to za dużo na jeden post :)

Avatar użytkownika
prana
 
Posty: 30
Dołączył(a): 14 cze 2016, o 17:36
Podziękował : 22 razy
Otrzymał podziękowań: 132 razy

Re: Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez prana » 5 maja 2017, o 10:38

Dobra piszę dalej kochani :)

Teraz opiszę co działa się w moim życiu kiedy na dobre zaczęłam stosować PP w moim życiu.
Zacznę od małych przyciągnięć.
1. Konkursy.
Cała moja rodzina, przyjaciele, mąż, mają mnie za mega szczęściarę. Ja wygrywam 80% konkursów, w których wezmę udział. Niech sobie myślą, że to szczęście, ja wiem, że to PP, wygrywam świadomie, mam opracowaną technikę na konkursy, hehe :)
Lotto - czwórkę udało, mi się 4 razy trafić, trójki, zdrapki-nie zliczę. O tym, że w lotto dużą sumę też zamierzam wygrać i uważam, że jest możliwe, już Wam ostatnio pisałam.
Kasa na ulicy, napiwki w pracy - kiedy tylko zechcę i o tym pomyślę.
Pierwszy większy konkurs - i to dzięki niemu dowiedziałam się chyba jak w praktyce wykorzystać PP i stwierdziłam, że można mieć konkrtetne rzeczy, które sobie wymarzymy, bez żadnych ograniczeń - to jak wygrałam kolację o wartości 200zł w ekskluzywnej restauracji. To było tak - jest konkurs - ok wezmę udział, czemu nie. Wygram go. To ja idę na tą kolację jestem pewna. Była wtedy (to była noc muzeów) ze mną siostra i szwagier - powiedziałam im że ja to wygram, jestem pewna (w myślach miałam -już wygrałam). I moja siostra na to - "no pewnie, przecież wszystko wygrywasz, ja nawet niepotrzebnie biorę udział". Ogólnie tego dnia miałam cudowny nastrój, takie "szczęście bez powodu", jak to nazywam. Następnego dnia telefon - wygrałam, wylosowali mnie. Nauczyłam się wtedy tego mechanizmu - 1. wiesz, że coś jest już twoje w momencie kiedy o to prosisz - nie ma nawet dyskusji - to jest w twojej głowie, więc już istnieje. 2. Ta całkowita pewność sprawia, że albo zapominasz o tym (że o tym pomyślałeś), bo i tak to jest już Twoje - to jasne jak słońce, albo wciąż o tym pamiętasz, ale wciąż masz pewność, że to jest Twoje, nie możesz wtedy czuć tęsknoty, braku tego czegoś. I na tej podstawie, w ten sposób potem już przyciągałam wszystko.
Żadnych technik polecanych tu na forum. Po prostu wiara, że coś jest już moje, nie muszę nawet o to prosić, jest moje i już/spełni się i już. Odbiegłam od tematu.
Potem wygrałam w ten sam sposób nagrody o wartości chyba 500zł - rożne zabiegi u kosmetyczki, gażdzety itp, potem zestaw naturalnych kosmetyków, i jeszcze wiele, wiele konkursów, ale bez sensu tu wszystko wymieniać.
Chciałam też wygrać mieszkanie (był taki konkurs)- ale się nie udało. I wtedy odkryłam ważną rzecz- nie można czegoś za bardzo chcieć- to stwarza opór, bo w myślach mamy - "chcę to mieć=nie mam tego". A tymczasem musisz być pewny, że coś jest już Twoje, podejść do tego leciutko, pewnie.
Ostatnio wygrałam wycieczkę o wartości 5000zł z biurem podróży, w dowolnym terminie, mogliśmy wybierać ze wszystkich wycieczek. Jedziemy w październiku, Cypr, all inclusive ;) Nikogo nawet ta wygrana nie zdziwiła w rodzinie xD
2. Wymarzony ślub, samochód (dostaliśmy w prezencie, tutaj też jest ciekawa historia, ale za dużo by pisać; już go sprzedaliśmy - wolę pociągi :) )podróże, pieniądze, koncerty ukochanych zespołów (np. na Gilmourze z Pink Floyd - w pierwszym rzędzie!!!!przy scenie!!!!bilet za 180zł, potem chodziły po 5000zł), konkretne ubrania, przedmioty, pogoda - jeśli zależy mi żeby było ładnie. Przekonałam się, że można przyciągnąć wszystko. To jest tylko kwestia naszych przekonań. Jak wierzę, że mogę zmienić pogodę to będzie ładna, choćby wszystkie prognozy wróżyły inaczej.
3. Praca.
To opiszę oddzielnie, bo to obszerny i znaczący wątek.
Pod koniec studiów zaczynałam zastanawiać się, co tak naprawdę chcę robić w życiu. Jak wspominałam już znałam wtedy PP.
W głowie przez moment zaplątała mi się myśl, żeby zostać na doktorat. Raczej ze strachu, przed tym, że nie mam jeszcze pomysłu na pracę niż z pasji do laboratorium. Taka furtka awaryjna, inni m też to sugerowali...I kurcze, tydzień później moja promotorka zaproponowała mi doktorat. Całą magisterkę siedziałam w laboratorium - stwierdziłam - to jest jednak nie dla mnie. Nie chcę całego życia spędzić w tym pomieszczeniu, wyjeżdzać i zostawiać mojego A., wychodzić z domu o 8 i wracać o 21, a potem jeszcze pisać publikację i nie mieć życia prywatnego. Naukowiec żyje nauką, nie ma nic poza tym. W większości przypadków. Przynajmniej u nas na Politechnice tak to wyglądało. Promotorka bardzo mnie namawiała, powiedziała, że marnuje potencjał, że muszę zostać, bo będę tego żałować, że wiele osiągnę. Miałam już 2 publikacje naukowe na magisterce, więc potem poszłoby już łatwo. JA NIE CHCIAŁAM. Czułam w sercu, że to nie jest moja droga. Niech cały świat mi mówi, że powinnam zostać, ale ja czułam w sercu, że to nie jest dla mnie. trzeba zawsze słuchać intuicji, wewnętrznego głosu. Ona nigdy mnie nie zawodzi. To była kolejna najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć, jestem szczęśliwa, że nie uległam naciskom innych.
Miałam w głowie kilka pomysłów - a może własna firma. Otworzyć sklep ze zdrową żywnością - wtedy ich jeszcze aż tylu nie było. Po pierwsze uwielbiam kontakt z ludźmi, po drugie kocham tematykę zdrowego odżywiania-studia poświęciłam nutrigenomice i epigenetyce - czyli m.in. związkom bioaktywnym w żywności, takim prozdrowotnym. I jak na zawołanie - konkurs, w którym można wygrać pieniądze na własną działalność. Wiedziałam, że się uda, jak tylko się postaram. Tylko zaświeciło mi się światełko w głowie - "czy na pewno chcesz być po prostu osobą stojącą przy kasie? czy tych sklepów nie jest już za dużo? czy TO JEST NAPRAWDĘ TO CZEGO CHCESZ, SPEŁNIENIE TWOICH MARZEŃ?" Odpowiedź brzmiała - nie, to nie moja droga.
Nie wiedziałam, co robić po tych studiach. Wiedziałam tylko, że:
a) nie chcę zostać na doktoracie
b) w ogóle nie chcę pracować w labroatorium, nie chcę pracować typowo w zawodzie, być naukowcem czy analitykiem
c) wiedziałam, że będzie dobrze, wszytko idzie w dobrym kierunku. Bóg/Wszechświat mnie poprowadzi.
Potem po studiach wzięłam ślub, byłam na podróży poślubnej, 2 tygodnie. I sierpniu zaczęłam rozglądać się za pracą. Na spokojnie. Z wewnętrzną pewnością, że będzie dobrze. Zrobiłam sobie listę wszystkich cech, jakie chcę żeby spełniała moja praca. I powiedziałam sobie w myślach: "wszytko teraz oddaję Tobie, zajmij się tym". No i nie minął tydzień....Znalazłam pracę, która spelniała każdą z tych rzeczy. Łącznie z oświetleniem, miejscem, zarobkami, osobami, charakterem pracy...:)Jednak ciągle miałam wrażenie, że to jest tylko praca przejściowa, że to jeszcze nie jest ta docelowa, ta w której mogę się realizować i spełniać, rozwijać.
Równocześnie z poszukiwaniami pracy zapisałam się od wrzesnia (2016) do szkoły policealnej ma Technika Masażystę. Nie wiem czemu. Coś mnie podkusiło. Wyświetlało mi się na facebooku, że otwierają taki kierunek i że jest za darmo. Pracę miałam od poniedziałku do piątku, więc w weekendy mogłabym chodzić...Szkoła dwuletnia. Wszyscy pytali-ale po co Ci to, przecież masz fajną pracę. Po prostu chciałam, czułam, że to będzie fajne. Wiem, że przyciągamy do swojego życia wszytko- w związku z czym z czasem zaczęłam się zastanawiać, jak ja tą szkołę przyciągnęłam-otórz czytałam w sierpniu książkę "Opowieści ze studia jogi", czy jakoś tak. I tam jedna babka była masażystką. I wtedy pomyślałam sobie-super zawód. I tak oto chyba przyciągnęłam tą szkołę :) i co było dalej...:) szkoła przecudowna!! super ludzie, fajne przedmioty, świetne , ciekawe, praktyczne zajęcia i przede wszytskim fantastyczne, nowe umiejętności. W listopadzie miałam mały kryzysik- ciężko było pogodzić cały etat w pracy+szkołe+naukę do szkoły+życie osobiste, ale czułam, żeby za nic z niej nie rezygnować. Przecież w porównaniu z moimi studiami to bułka z masłem, wszytsko zaliczam bez problemu, uwielbiam tych ludzi, uwielbiam tą szkołę. Potem byłam jeszcze na Festiwalu masażu, Świadomej pracy z ciałem... i odkryłam, że to jest właśnie to co chcę robić w życiu. Chcę być masażystką. masaż leczy ciało i duszę. Pomaga ludziom zwalczyć blokady, usuwa negatywną energię z ciała. Chcę pomagać w ten sposób ludziom. Jest milony kursów, już mam kilka zaplanowanych, masaż Lomi, limi, ajurwedyski, ma-uri, gongami tybetańskimi i wiele, wiele innych. CHCĘ to robić i tera czuję tę pewność. Teraz znalazłam też pracę jako masażystka. (Wszyscy pytają, "jak oni Cię zatrudnili, przecież jeszcze nie skończyłaś szkoły?" - a ja wiem jak - przyciągnęłam sobie pracę w tym konkretnym miejscu,hehe). Na razie godzę pracę na dwa etaty - jak to możliwe?-dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych :) + w weekendy szkoła - nie nie jestem przemęczona, jestem szczęśliwa.
Plany - będę znaną masażystką, wiem, że jestem w tym już teraz dobra, wiem, że pomagam ludziom, widzę ich wdzięczność i ulgę, bo zabiegu. Zrobię różne kursy, będę się w tym rozwijać. Będę niezależna finansowo.
Czy lata studiów to czas zmarnowany? NIE!!! to była moja droga. ja to wszytko połączę. Człowieka trzeba traktować holistycznie:jesteśmy ciałem, duszą i umysłem. Połączę biotechnologię, wiedzę o masażu, o prawie przyciągania i o zdrowym odżywianiu. Przecież to wszystko się łączy. A studia nauczyły mnie dodatkowo wytrwałości, wiary w to że mogę wszytko i pokory. Wszystko w naszym życiu dzieje się po coś. I zawsze jest czas na zmiany. Chcesz doktorat - ok, nie ma sprawy, chcesz dostać pracę na którą masz małe szanse (jedna i druga moja praca) - ok,robi się, szkoła muzyczna - graj, wkładaj w to emocje, a będziesz najlepsza, studia, szkoła-dasz radę ze wszystkimi, a może własna firma - a tak, tu masz pieniądze na start. :) :) :) :) :)
I jeszcze chcę wspomnieć o jednej rzeczy. Ja nie pochodzę z bogatej rodziny. Wręcz przeciwnie, finansowo troszkę miałam pod górkę w życiu. Nie było u nas nigdy biedy, ale też rodzice nie pomagali mi za bardzo finansowo. Często ludzie mówią - bo ktoś miał łatwiejszy start. Cieszę się, że moja dusza wybrała właśnie to ciało, tą rodzinę. Jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Tylko pamiętajcie - szczęście jest w nas. Prawdziwe szczęście to takie bez powodu. Bo często dążymy do czegoś, a nie dostrzegamy szczęścia wokół. Nie cieszymy się z małych rzeczy. Wiecie...Wielu ludzi, jak dotrze już do celu, zrealizuje wszystkie marzenia (mi jeszcze do tego daleko, ale i tak podzielę się obserwacjami) to dopiero stwierdzają, że czegoś im brakuje. Mają idalny dom, pieniądze, miłość, ale czują wewnętrzną pustkę, ciągle nie są spełnieni. Np. gdy wygrałam tą wycieczkę - piersze godziny - szał radości, cały dzień-mega podniecenie, pierwszy tydzień-super, jaram się, ale już teraz (po kilku tygodniach)- ok fajnie, już o tym nie myślę. Rozumiecie? Albo np. myślisz ciągle o wyjeździe w góry, jakie szlaki zrobisz, jak będzie cudownie, a gdy już tam jesteś, nie cieszysz się chwilą. Podobno większość osób które wygra miliony w lotto, z czasem powraca do swojego domyślnego poziomu szcześcia. Kiedyś oglądałam fil w ktrym, jakiś sławny koleś mówił, o tym że całe życie marzył, żeby mieć campera (też kiedyś będę miała :) ), a kiedy już go kuipił to pomyślał - i to już? zrealizowałem marzenie? myślałem że będę się bardziej cieszył. Rozumiecie? Kluczem jest być szczęśliwym bez powodu. A nie "będę szczęśliwy jak tylko..znajdę lepszą pracę, miłość, dom, pieniądze". To droga do celu ma znaczenie, a nie cel sam w sobie. Dopiero, gdy będziecie szczęśliwi z powodu małych rzeczy - zdrowie (ale mam jedną rękę obciętą - przecież masz jeszcze drugą - ciesz się!!!), słonko, uśmiech drugiej osoby, pyszny obiadek, zapach deszczu. Nasza obecność w danej chwili, tu i teraz. Wtedy ta intuicja będzie was prowadzić, wtedy będziecie mieć kontakt ze sobą.


Miło jeśli ktoś dotrwał do końca. Ściskam Was cieplutko, ale już dzisiaj nie dam rady więcej napisać. Jeszce chciałam napisać o relacjach z innymi ludźmi, o książkach, o moim rozwoju duchowym. Ale to może kiedyś. Ściskam i życzę Wam szczęścia bez powodu <3 <3 <3 <3 <3 <3

Avatar użytkownika
prana
 
Posty: 30
Dołączył(a): 14 cze 2016, o 17:36
Podziękował : 22 razy
Otrzymał podziękowań: 132 razy

Re: Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez MagdaLooney » 5 maja 2017, o 10:51

Prana, pięknie opisane. Uwielbiam takie historie. Uwielbiam szczęśliwych ludzi :)
Dziękuję <3 <3
" If you can dream it, you can do it! "
Avatar użytkownika
MagdaLooney
 
Posty: 857
Dołączył(a): 30 sie 2015, o 22:01
Podziękował : 283 razy
Otrzymał podziękowań: 447 razy

Re: Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez Scarlett » 5 maja 2017, o 12:32

Dziękuję, cudowna historia <3
W CAŁYM CHAOSIE JEST KOSMOS. W CAŁYM NIEPORZĄDKU SEKRETNY PORZĄDEK.
Carl Gustav Jung
Avatar użytkownika
Scarlett
 
Posty: 2213
Dołączył(a): 10 gru 2015, o 23:11
Podziękował : 420 razy
Otrzymał podziękowań: 1313 razy

Re: Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez Ignited » 5 maja 2017, o 14:47

Czekałem na tą historie.
To film o którym wspominała Prana.
Avatar użytkownika
Ignited
 
Posty: 133
Dołączył(a): 26 cze 2016, o 14:24
Podziękował : 50 razy
Otrzymał podziękowań: 32 razy

Re: Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez Ania1703 » 5 maja 2017, o 15:17

Piękne. Dziękuję ❤
Ania1703
 
Posty: 123
Dołączył(a): 6 lip 2016, o 17:42
Podziękował : 7 razy
Otrzymał podziękowań: 26 razy

Re: Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez Black » 5 maja 2017, o 15:23

Cudowny Anioł z Ciebie. Bije od Ciebie ciepło i dobro <3
Dziękuję za cudowną historię :)
"- To się dzieje naprawdę? Czy tylko dzieje się w mojej głowie?
- Oczywiście, że to się dzieje w Twojej głowie, Harry. Ale czy to znaczy, że nie naprawdę?"
Avatar użytkownika
Black
 
Posty: 169
Dołączył(a): 10 cze 2016, o 17:51
Podziękował : 114 razy
Otrzymał podziękowań: 441 razy

Re: Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez Catalina » 5 maja 2017, o 16:14

Dziękuję za historię, jest wspaniała :sun Jesteś cudowną osobą <3
Avatar użytkownika
Catalina
 
Posty: 37
Dołączył(a): 17 cze 2016, o 17:14
Podziękował : 20 razy
Otrzymał podziękowań: 1 raz

Re: Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez prana » 6 maja 2017, o 09:20

Dziękuję Wam bardzo za ciepłe słowa. Super, że to co napisałam Was inspiruje :) za jakiś czas napiszę jeszcze o mojej drodze duchowej i jak teraz postrzegam religie (w ogole relugie świata), Boga i jak wiążę to z nauką. I jakie książki mnie najbardziej w życiu zainspirowały. <3

Za ten post autor prana otrzymał podziękowania - 4
Anka12, Born1975, Diament, Kmicic
Avatar użytkownika
prana
 
Posty: 30
Dołączył(a): 14 cze 2016, o 17:36
Podziękował : 22 razy
Otrzymał podziękowań: 132 razy

Re: Jestem najszczęśliwszą osoba na świecie

Postprzez mmss » 7 maja 2017, o 14:44

Piękne :)
mmss
 
Posty: 20
Dołączył(a): 27 kwi 2017, o 16:26
Podziękował : 3 razy
Otrzymał podziękowań: 0 raz

Następna strona

Powrót do Nasze historie

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości