Kim jestem?

historie zmian w naszym życiu, odkrycie PP, nasze sukcesy

Kim jestem?

Postprzez Kala » 29 mar 2017, o 10:39

Zainspirowana historią Scarlett, postanowiłam podzielić się także moją. Postaram się przybliżyć Wam moją sylwetkę jak najdokładniej potrafię, chociaż mam tendencje do rozpisywania się i gubienia wątku w trakcie (może zdołam to opanować).

Jakim dzieckiem byłam?
Moja mama zawsze mi powtarzala, ze mam dobrą głowę do pierdół. To prawda, mam dobrze rozwinięta pamięć epizodyczną. Pamiętam bardzo wczesne wydarzenia, z okolic mojego 3-4 roku życia i co najfajniejsze, pamiętam swoje myśli z tamtego okresu. Powtórzę to, co pisałam w wątku historii Scarlett - często w piaskownicy dywagowałam na tematy istnienia, narodowości, języków obcych (wtedy miałam styczność tylko z angielskim, mama puszczała mi bajki w tym języku), myślałam o sobie, wyobrazalam sobie swój przyszły wygląd, męża, dzieci. Zaprzyjaznilam sie z Cecylią, ktora zyla w mojej glowie i kierowala mnie.
Gdy bylam dzieckiem wciąż się przeprowadzaliśmy. Bardzo lubiłam ten koczowniczy tryb życia, do dziś uwielbiam podróże i zmiany. Powiedziałabym nawet, ze jeśli coś przez pewien okres się nie dzieje, to wieje nudą. Dlatego staram się wcielać w życie nowe pomysły dosc często.
Dużą rolę w moim postrzeganiu świata odegraly media. Przez "czarodziejkę z księżyca" stalam sie pasjonatką kosmosu (zarówno w sensie naukowym, jak i ezoterycznym), za sprawą mamy miałam styczność z czasopismami Gwiazdy mówią i Wróżka - do dzis pasjonują mnie horoskopy, kosmogramy i numerologia (chociaż nie zajmuję sie tym na co dzień). Mama stawiala takze tarota i wrozyla z kawy. Dzięki tacie pokochałam świat wyobraźni. Zapoznal mnie z książkami i filmami z gatunków fantastyki i science fiction. Duzo im zawdzięczam, chociaż przez nich tez zaczelam miec swoje problemy z psychiką. Jako jedynaczka, bylam bardzo kochana (nie mylić z rozpieszczana - nie mieliśmy duzo pieniędzy, więc nigdy nie mialam tego na co mam ochotę, ale za to dostawalam dużą dawkę miłości i czasem jakiś drobny prezent - taki, o ktorym marzylam) , ale i na mnie odbijalo się duże poczucie obowiazku, odpowiedzialności i presja bycia najlepszą. Niestety, gdy się czegos podejmowalam, moi rodzice często studzili mój zapał, przez co stalam się niepewna siebie, niewierząca w swoje siły i nieodporna na krytykę. Wszystko, co robiłam bylo w ich ocenie "takie sobie", lub "ujdzie", co budzilo moją frustrację i agresję (najczęściej napady złości i autoagresja - wyrywanie włosów). W gimnazjum doszly kompleksy, dzieci smialy się z moich krzywych zębów, ubrań. Jako, ze w ciagu roku bardzo duzo uroslam, na moich lydkach pojawily się duże rozstępy, które mam do dzis. Wtedy bardzo to przeżywałam. Jestem bardzo wrażliwą i empatyczną osobą, na pewno te cechy przekazala mi moja mama,ktora naprawdę starala się uchylić mi mimo wszystko nieba. U taty obserwowałam impulsywność, moze właściwie dlatego tez taka jestem. Zresztą, osobowość, charakter i temperament to tak złożony temat, że nie będę się juz w to teraz zagłębiać. W każdym razie, gdzies na etapie gimnazjum przezylam swoje pierwsze załamanie psychiczne. W porównaniu do szkoły podstawowej,w której bylam bardzo lubiana i popularna, tu bylam cieniem samej siebie. Wiara w Boga pomogla mi ten okres przetrwać. I tu pojawia się kolejny etap. Etap bardzo duchowy. Wtedy bardzo lubiłam chodzić do kościoła, śpiewać psalmy, sluchac świadectw itp. Duzo radości do mojego zycia wnieśli Franciszkanie. Potem przystapilam do bierzmowania i... I nagle wszystko zaczelam rozumieć. Milosc do Boga stala sie wyższa. Ponad kościół. Zrozumiałam, ze nie jest mi potrzebny. Miłość do Boga wyrazalam od teraz w rozmowie, a nie oklepanych modlitwach-formułkach. Zaczelam czytać książki o różnych religiach i zgłębiać ich tajniki. Na dzień dzisiejszy mowie, ze najbliżej mi do prostestantyzmu (dobro jako droga do zbawienia), ale wierzę w karmę i reinkarnację. Wierzę, ze jest wszechświat, który nam wszystko daje. Ale w moich oczach jest to wszystko dane przez Boga (dlatego do dzis nie rozumiem przykazania "nie będziesz mial bogów cudzych przede mną"). Moim zdaniem, Bóg jest wszystkimi bogami. Np. Bardzo "lubię" bogów starożytnych, egipskich, rzymskich, greckich, azteckich, sumeryjskich... Jest w tym wszystkim jakas prawda. Prawda dana od Boga. W ogóle często powtarzam, ze wszystko jest dla ludzi i nic, co ludzkie nie powinno byc mi obce. Więc czerpię wiadomości z różnych kultur i filozofii i kreuję swój światopogląd. To tez jest temat rzeka, mogłabym godzinami rozprawiać na mój pogląd dotyczący kreacjonizmu i ewolucjonizmu, ale nie w tym rzecz. Nie lubię tez tabu. Nie istnieje dla mnie. Wiem, ze to moze obrzydliwe, ale potrafię w tramwaju rozmawiać o okresie, albo seksie dwóch pawianów. Cokolwiek.
Abstrahując, po prostu staram się byc człowiekiem na 100%. To tez chce przekazać moim dzieciom. Pominę tylko kwestie fizyczne, bo strasznie się boję tych skokow na bungee itp :D myślę bardziej o rozwoju duchowym.
W liceum wiedziałam juz kim jestem, chociaż manifestowalam to na różne sposoby i nie mogłam odnaleźć swojej fizycznosci w tym. Duzy wpływ na mnie miało szkolne kółko teatralne i warsztaty w teatrze Arka we Wrocławiu. Nauczyłam sie wyrażać swoje emocje, stalam sie radosna i opanowana. Nostalgicznie i sentymentalnie uśmiecham się w stronę tamtych czasow. Chociaz przybralam maskę"metalówy", ciągle w czarnych ciuchach i z zafarbowanymi włosami na czerwono, bylam naprawde szczęśliwa i spełnioną osobą. Wtedy tez bardziej zainteresowalam sie anime i mangą (to duży wpływ ludzi z kola teatralnego), a takze pojawila się moja pierwsza miłość (nieświadomie przyciagnieta - wszechsiwat posluchal po prawie dwóch latach od zamarzenia o dlugowlosym blondynie). Bylam w tamtym czasie zzyta jeszcze z innym gronem ludzi - byli to pasjonaci starożytności. Wtedy to zaczelam jeździć na zloty, które odbywały sie w Poznaniu. Wyciągnęłam od tych ludzi duzo wiedzy i stworzylam kilka wspaniałych relacji przyjacielskich. Chociaz życie poszlo naprzód i kontakty sie ukruszyly, w ogóle nie żałuję tamtego pięknego czasu. Po maturze stalam się wreszcie prawdziwie niezależna. Mama juz nie trzymala mnie "na smyczy", skonczyly się oczekiwania bycia najlepszą. Podjelam pierwsza prace i rozpoczął się najbardziej sielankowy okres mojego życia . Pozornie. Tak naprawdę bardzo przezywalam rozstanie moich rodziców, zaczęły się kompulsje, natarczywe myśli, nerwica. Kompulsywne obżarstwo spowodowalo, ze przytylam 20kilo. Zaczely sie somatyczne bóle, uczucie guli w gardle, myśli typu "jak czegos nie zrobisz, to stanie się costam". Wszystko ukrywalam pod Gombrowiczowską "gębą". Bylam spoko. Bardzo lubiana w pracy, mnóstwo przyjaźni, imprez. Dostałam się na studia. Na drugim roku poznałam swoja druga miłość, dostałam stypendium naukowe. Ale cos bylo nie tak. Dopadla mnie adpersonalizacja i odrealnienie. Czasami nie mogłam wyjść z lozka. Nikt tego nie rozumiał. Poznałam przez Internet pewnego mężczyznę, który odmienil mój pogląd na swiat. Duzo mu zawdzięczam. Rozbudzil moje stare pasje na nowo. Obudziłam się. Znowu tryskalam prawdziwa witalna energia, czułam jedność ze światem. Porzucilam toksyczny związek, zaczelam sie odchudzać. Ta internetowa przyjaźń spowodowala, ze przyciagnelam faceta marzeń (jestem z nim do dzis, mamy cudowna córeczkę, a ślub we wrześniu :). Mojego partnera poznałam w pracy - byla to ta sama praca, którą podjelam po maturze, i w której bylam równolegle przez cale moje 5 lat studiów. Bylo to w połowie trzeciego roku studiów. Tak pozytywnie wibrowalam, ze po prostu on nie mogl przejść obok tego obojętnie :D mówi, ze czul ode mnie taka radość, i jakas moc, ktora pchala go w moim kierunku. Pokochaliśmy sie od pierwszego wejrzenia. Praca nam sprzyjala, bo pracowaliśmy w kinie :) mieliśmy częste wspólne zmiany, na których znikalismy w ciemnej sali i "mierzyliśmy temperaturę". Chyba kierownictwu to trochę przeszkadzało, bo zaczęłam dostawać więcej zmian na innych działach (jako nieliczna byłam wiedziałowcem - pracowałam jako kasjerka, bileterka, obsluga sal, a takze animatorka zabaw i urodzin dla dzieci, prowadziłam takze różne eventy). We wrześniu termin obrony mojego licencjatu zbiegl się ze śmiercią mojego dziadka (niebiologicznego, ale właściwie byl w rodzinie od zawsze). To bardzo mną poruszylo i przeżyłam kolejne załamanie. Nerwica wróciła. Jako, ze dziadek umarł poprzez zadlawienie - ja balam się cokolwiek zjeść. Schudlam niewyobrażalnie. Ludzie podejrzewali o anoreksję. Mój partner bardzo mnie we wszystkim wspieral. A ja stałam sie nieznośna. Właściwie to mój mozg dyktowal mi okropne słowa. Mówiłam, ze jest beznadziejny, im więcej się staral, tym bardziej ja bylam okropna dla niego :( a to przez to, ze ja czułam się jak zero... Przenosilam negatywne emocje na niego, lecz on sie nie poddal. Walczyl o tę miłość. Skończyłam studia - filologię rosyjską. Tak jak zawsze chciałam, zafascynowana językami obcymi, skonczylam filologię. Niestety na moim kierunku nie bylo ścieżki nauczycielskiej, wiec jestem zwykłym językoznawcą. Marzę o tym, by uczyć rosyjskiego i planuję iść na kurs pedagogiczny. Nawet mialam możliwość nauki tego języka w moim LO, bo dyrektor dowiedział się o mnie i chcial po wielu latach reaktywować naukę tegoż języka w jego szkole. Nie udalo się, bo zmarł (co więcej stalo sie to mniej więcej wtedy, gdy podjelam decyzję, ze nie podchodzę do egzaminu magisterskiego - mam absolutorium bez dyplomu... Pp dziala, heh.) Przekierunkowalam się wtedy trochę, zaczęłam interesować się modą i po studiach i pracy w kinie, podjęłam prace w butiku odzieżowym. Kochałam te prace!!!! Szybko dostałam awans na kierownika, zarabialam duże pieniądze, mialam mnóstwo ciuchów. Kontakt z klientami to cos co uwiebiam, a papierkowe sprawy, reklamacje, protokoly nie sprawialy mi problemów. Czułam się jak ryba w wodzie. Znajomość rosyjskiego i angielskiego przyciagala turystów (sklep w centrum miasta, na tabliczce napisałam, ze obslugujemy po ang i ros), stworzyłam stronę sklepu, interes kwitnął. Gdy oboje z partnerem poczuliśmy sie ustabilizowani finansowo, zaczęliśmy starania o dziecko. Iiii, udalo się za pierwszym razem :) co ciekawe, my zawsze na kalendarzyku pracowaliśmy, bo ja nie uznaję faszerowania się lekami. Ciąże wspominam bardzo dobrze, chociaż pierwsze trzy miesiące spędziłam w toalecie, wtedy tez biznes padl, a ja zostalam bez pracy. Nic sie nie przejmowałam, wizualizowalam piękny porod, którego doswiadczylam. No i jestesmy tu, rok i dwa miesiące od porodu. To wszystko, co przyciagnelam, to nieświadomie, bo dopiero teraz wglebiam się różne techniki. Przybylam tu, bo od pewnego czasu znów doświadczam wahań nastrojów, jestem impulsywna i mam natarczywe myśli. Definitywnie chce skończyć z tą sinusoidą. Chcę na 100% być szczesliwa i zadowolona. Dziękuję za to, co mam i ze tu trafiłam.
Dziękuję za wytrwałość, milego dnia :)

P.s. Napiszę później, co przyciągnęłam, oprócz tego, co wymieniłam :)

Za ten post autor Kala otrzymał podziękowania - 3
Anka12, Minrae, Slonce
Avatar użytkownika
Kala
 
Posty: 18
Dołączył(a): 28 mar 2017, o 09:59
Podziękował : 10 razy
Otrzymał podziękowań: 6 razy

Powrót do Nasze historie

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Anka12 i 2 gości